Czas biedy

Jakub Wozinski, DoRzeczy, nr 19, 4-10.05.2020 r.

Światowy kryzys z XX w. dał o sobie zapomnieć dopiero po dekadach. Jak będzie teraz?

Wielki kryzys zapoczątkowany krachem na nowojorskiej giełdzie 25 października 1929 r. różnił się od innych finansowych turbulencji tym, że wywołał masowe zubożenie praktycznie na całym świecie. Niestety, coraz więcej wskazuje na to, że obecnie stoimy u progu podobnego wydarzenia.

Do historii przeszła wypowiedź prezydenta Hoovera, który jeszcze w słynny czarny czwartek stwierdził w publicznym przemówieniu, że „Podstawowa działalność naszego kraju, to jest produkcja i dystrybucja towarów, ma zdrowe i pomyślne podstawy”. Słowa te wykorzystywano później jako dowód rzeczowy na to, że głowa państwa aż do samego końca nie miała bladego pojęcia o rozmiarach nadciągającej katastrofy.

Chociaż nie wiemy dziś, czy rok 2020 zostanie zapamiętany jako swego rodzaju powtórka wydarzeń sprzed 91 lat, wiele wskazuje na to, że do historii przejdą przynajmniej wypowiedzi Donalda Trumpa. Prezydent Stanów Zjednoczonych od wielu miesięcy przekonywał, że jego kraj potrzebuje niskich stóp procentowych oraz niższych cen ropy. Domagał się tego zarówno w rozmowach z politykami, jak i w swoich wpisach na Twitterze. Dzisiaj można uznać, że w jakimś sensie marzenia Trumpa się spełniły, ponieważ w odpowiedzi na największe od lat spadki na giełdzie amerykański bank centralny rzeczywiście obniżył stopy procentowe praktycznie do zera, a ropa potaniała na tyle, że jej odmiana WTI miała nawet chwilowo cenę ujemną, gdyż z racji zastoju w globalnym transporcie pojawił się problem z jej przechowywaniem. Z oczywistych przyczyn Donald Trump nie może być jednak usatysfakcjonowany, gdyż przyszło mu się zmierzyć z największymi od wielu dekad zawirowaniami gospodarczymi.

LICYTACJE, NAPADY I SAMOSĄDY

W dobie wielkiego kryzysu najwcześniej nadchodzącą katastrofę zaczęli odczuwać zadłużeni na dużą skalę rolnicy Ceny zbóż i innych podstawowych produktów rolnych zaczęły się załamywać z tygodnia na tydzień, dlatego setki tysięcy farmerów ogłosiło bankructwo. Ich sytuację pogorszyła dodatkowo ekstremalna susza z lat 1930-1931, która nawiedziła przede wszystkim Wielkie Równiny.

Amerykańscy rolnicy zaciągali w latach 20. XX w. kredyty zabezpieczone własnymi gospodarstwami. Gdy przestali być wypłacalni, wysyłani przez banki komornicy zajmowali cały inwentarz wraz z zabudowaniami, a później wystawiali je na sprzedaż. Powszechną praktyką było to, że posiadający nieco więcej środków pieniężnych sąsiedzi wykupywali konie, krowy czy nawet domy bankrutów, aby ci przynajmniej mogli się wyżywić i odkupić swoje mienie w bardziej sprzyjającym czasie. Ceny zbóż spadły zaś wreszcie do takiego poziomu, że powszechną praktyką stało się palenie w piecach kolbami kukurydzy, gdyż węgiel był dla wielu zbyt drogim produktem.

Zrozpaczeni swoją nędzą amerykańscy farmerzy organizowali się w spontaniczne grupy zbrojne, które napadały na transporty z płodami rolnymi udającymi się do ośrodków miejskich. Wierzono, że poprzez ograniczenie podaży doprowadzi się wreszcie do wzrostu cen, który byłby w stanie podnieść ludzi z nędzy. Władze starały się z tym walczyć, choć w wielu miejscach dochodziło do samosądów (np. do wieszania sędziów wydających wyroki w sprawach za niszczenie transportów).

Załamanie na rynku rolnym było jednak zaledwie odzwierciedleniem o wiele bardziej fundamentalnych kłopotów, które swoje źródło miały w systemie bankowym. W samym tylko 1930 r. w USA upadło aż 1345 banków. W naturalny sposób przełożyło się to na kondycję całego przemysłu, który był uzależniony od kredytów. Skalę dokonanego spustoszenia dość dobrze obrazuje produkcja samochodów. Jeszcze w marcu 1929 r. w Stanach Zjednoczonych wyprodukowano 622 tys. pojazdów, lecz w grudniu już tylko 82 tys. Inwestycje w przemyśle, które w 1929 r. szacowano łącznie aż na 16,2 mld doi., w 1932 r. spadły do poziomu zaledwie 0,8 mld.

W KOLEJCE PO CHLEB

Dla zwykłych ludzi wiązało się to z gwałtownym obniżeniem standardu życia. Trzy lata po wybuchu wielkiego kryzysu co czwarty Amerykanin był już bez pracy. Wiele osób w miastach zaczęło głodować i doszło nawet do tego, że w pomoc dla nich zaangażował się gangster Al Capone. Obowiązywała wciąż prohibicja i dlatego chcący nieco poprawić swój wizerunek król alkoholowego podziemia serwował w samym centrum Chicago tysiące darmowych posiłków. Pomoc Capone była na tyle skuteczna, że w powszechnym odbiorze czynił dla biednych i bezrobotnych znacznie więcej niż rząd, a władze nie zwalczały jego jadłodajni, pomimo że pojawiał się w niej osobiście.

W całych Stanach Zjednoczonych kolejki po chleb stały się w czasach wielkiej depresji czymś absolutnie powszechnym. Ustawiali się w nich zarówno żebracy, jak i osoby, które jeszcze niedawno posiadały spore majątki. Skłonni do rasizmu biali Amerykanie z północnego wschodu ustawiali się w długich kolejkach razem z czarnoskórymi rodakami. Bieda sprawiała, że wiele osób przechodziło przyspieszony kurs tolerancji.

Podstawową przyczyną powszechnej w USA nędzy było to, że jeszcze przed wybuchem wielkiego kryzysu miliony ludzi grało na giełdzie. Zaangażowawszy swoje środki w ryzykowne przedsięwzięcia, wielu z nich traciło niekiedy oszczędności całego życia. Dochody z lokat bankowych stawały się w latach 20. XX w. coraz mniej popularne, gdyż miliony osób bardzo szybko przywykły do tego, że zainwestowawszy na giełdzie, można zarobić nawet 10 proc. lub więcej. Jak relacjonował później jeden z nowojorskich brokerów: „Na giełdzie grał każdy, bez względu na to, czy było go na to stać. Pucybuci, kelnerzy i kapitaliści”. Trudno się zresztą temu dziwić, gdyż w tamtych latach ceny akcji wzrosły aż sześciokrotnie.

OD ERY JAZZU DO ERY SAMOBÓJSTW

Jeszcze w latach 20. XX w. mogło się wydawać, że świat wkracza w okres wielkiej prosperity. Oprócz produkowanych masowo samochodów w najbardziej zamożnych państwach świata powszechne stawały się odbiorniki radiowe, regularne wizyty w kinach i teatrach oraz na sportowych arenach oferujących rozgrywki w nowoczesnej, skomercjalizowanej formie. Ogromną popularność zdobywał jednocześnie jazz, który stał się muzyką gospodarczej hossy.

Dla wielu przeskok z realiów ryczących lat dwudziestych do epoki pogoni za chlebem i walki o uratowanie własnego domu przed licytacją wiązał się z ogromnymi problemami, również natury psychicznej. „The New York Times” już w dniu krachu z 1929 r. pisał o 11 samobójstwach popełnionych przez giełdowych spekulantów. Jeden z giełdowych traderów po zakomunikowaniu mu drastycznej obniżki wynagrodzenia skoczył wprost z dachu budynku nowojorskiej giełdy Finansista i przemysłowiec Arthur Robinson opisywał tamte wydarzenia po latach: „Szał. Dostawałem mnóstwo telefonów od zrozpaczonych przyjaciół. W każdym przypadku nie było sensu pożyczać im pieniędzy, które daliby brokerowi. Jutro mieliby jeszcze gorzej niż wczoraj. Samobójstwa dokonywane na lewo i prawo robiły na mnie potworne wrażenie. Ludzie, których znałem. […] Na Wall Street ludzie chodzili jak zombi. Było bardzo mrocznie. Widziało się ludzi, którzy jeszcze wczoraj jeździli cadillakiem, a dziś byli szczęśliwi, że ktoś ich podwiózł”.

Aktor kabaretowy Eddie Cantor żartował pod koniec 1929 r.: „Prawie wszyscy z nas złożyli obietnice, których nie są w stanie spełnić z racji nagłego zwrotu na Wall Street. Ja obiecałem mojej żonie sznur pereł. Nie mogę zdobyć pereł, tylko sznur – i zaczynam myśleć o tym, czy samemu z niego nie skorzystać”. I rzeczywiście, ze sznura skorzystało w szczególnie trudnym 1932 r. nawet o 10 tys. więcej osób niż jeszcze w poprzedniej dekadzie.

CZERWONA I BRUNATNA EPOKA

Twarde lądowanie po finansowym krachu miało, niestety, także bardzo groźne konsekwencje o charakterze politycznym. Stany Zjednoczone stały się po pierwszej wojnie światowej pożyczkodawcą prawie dla całego świata, w tym dla wyniszczonej niedawnym konfliktem Europy, która znalazła się w ten sposób pod ogromną presją. Na Starym Kontynencie sytuację pogorszyło dodatkowo bankructwo austriackiego banku Credit-Anstalt z 1931 r. i związany z nim kryzys bankowy, który uderzył w szczególności w gospodarki państw niemieckojęzycznych. W wyborach do Bundestagu z 1932 r. NSDAP Adolfa Hitlera uzyskała drugi wynik, zdobywszy 37 proc. głosów.

Warto pamiętać o tym, że skutki ekonomiczne wielkiego kryzysu miały nieco odmienny charakter w Stanach Zjednoczonych, gdzie miliony osób przeżyło szok nagłego obniżenia standardu życia po dekadzie bezprecedensowego w historii dobrobytu, niż w Europie, dla której lata 20. XX w. stanowiły okres hiperinflacji, gwałtownych strajków i permanentnego kryzysu politycznego. Pamięć o najostrzejszej w XX w. recesji do dziś jest za oceanem znacznie silniejsza niż na Starym Kontynencie, gdyż Amerykanie zaliczyli upadek ze znacznie wyższego szczebla rozwoju gospodarczego. Nie oznacza to jednak, że w Europie kryzys przebiegał łagodniej.

W Polsce zwykło się najczęściej uważać, że problemy dwudziestolecia międzywojennego wynikały przede wszystkim z trudności związanych z wojną bolszewicką, koniecznością scalenia terytoriów należących do niedawna do trzech różnych państw, wojnami celnymi z Niemcami czy też znacznymi niekiedy zniszczeniami z czasów wojny. Wiele do życzenia pozostawiała także bardzo etatystyczna polityka sanacji, krępująca działalność gospodarczą. Na nieco dalszy plan schodzi przez to fakt, że Polska była również jednym z krajów najmocniej dotkniętych przez wielki kryzys. Najtrudniejsze nad Wisłą były lata 1930-1932, w których zatrudnienie w przemyśle spadło o jedną trzecią, a miliony Polaków zaczęły oszczędzać na podstawowych artykułach (m.in. odzieży czy też węglu), W Polsce nie występował problem z masowymi bankructwami giełdowymi, lecz perturbacje dotyczyły w głównej mierze fatalnej koniunktury. W rolnictwie dochody wielu rolników spadły nawet o 70-80 proc., gdyż ceny mleka czy trzody chlewnej zanotowały drastyczne spadki. Obecny niemal od zawsze na polskiej wsi głód stał się na początku lat 30. XX w. zjawiskiem masowym.

W II RP produkcja rolna odpowiadała aż za 70 proc. całej produkcji, dlatego katastrofalny spadek cen przyczynił się do tragedii milionów osób. Obecnie szacuje się, że na polskiej wsi ostry kryzys trwał dwa razy dłużej niż w miastach, gdzie sytuacja zaczęła się normować już ok. 1933 r. Rolnicy nie byli w stanie zapewnić swoim rodzinom nie tylko odpowiedniego obuwia, lecz także większości podstawowych produktów codziennego użytku. Biedę odczuli nawet mieszkańcy zamożnego jak na polskie warunki Pomorza. W jednym ze wspomnień z tego okresu można przeczytać: „Pamiętam, że nie było co jeść, nie było w co się ubrać. Starsze siostry chodziły do szkoły powszechnej zimą bez ciepłych ubrań, w trepach. Nie raz świeciły gołymi piętami, gdyż pończochy miały podarte. Dwaj starsi bracia również bez kurtek, w podartych spodniach”.

Wielki kryzys w Polsce wiązał się także z masowym wycofywaniem depozytów bankowych, szczególnie w 1930 r. Sytuacja stała się jeszcze bardziej dramatyczna, gdy rok później upadły banki niemieckie i austriackie, pociągając tym samym na dno także liczne polskie banki. Podczas gdy w 1928 r. prywatnych banków akcyjnych było w Polsce 407, w 1938 r. pozostało zaledwie 270. Ostatecznie cały system bankowy nie uległ załamaniu, lecz Polacy bardzo mocno odczuli kryzys w swoich kieszeniach. Chociaż ceny produktów spadały, nie oznaczało to wcale większych zdolności nabywczych, gdyż płace zostały drastycznie zredukowane.

Dramat polskiej gospodarki w dobie wielkiego kryzysu polegał w sporej mierze na tym, że wpadła w swego rodzaju błędne koło. Zubożała wieś nie była w stanie nabywać produktów fabrycznych z miast, z kolei w miastach płace w przemyśle nie rosły ponieważ to właśnie wieś była głównym odbiorcą produktów przemysłowych. Wobec rosnących ograniczeń w handlu międzynarodowym Polska miała stosunkowo niewielkie możliwości wyjścia z impasu.

WOJENNY PARAWAN

Jak skończył się wielki kryzys? Na dobrą sprawę dopiero w latach 50. XX w. Czasami można spotkać się z interpretacją, że skuteczną odpowiedzią na ekonomiczny krach z 1929 r. był Nowy Ład Roosevelta, który budzi do dziś na tyle powszechnie pozytywne skojarzenia, iż służy nawet jako wzór dla nowych gospodarczych projektów na wielką skalę (vide obecny Europejski Zielony Ład lub amerykański Nowy Zielony Ład). W rzeczywistości ogół reform wdrożonych po 1933 r. przez Roosevelta jeszcze bardziej utrwalił nędzę amerykańskiego społeczeństwa. W1929 r. w USA było 1,8 min bezrobotnych, w szczytowym momencie, w 1933 r., aż 13 min, lecz w 1939 r. wciąż blisko 10,5 min. Inspirowane europejskim faszyzmem, ekonomią Keynesa oraz radykalnym socjalizmem reformy Nowego Ładu nie wyrwały Ameryki z kryzysu, o czym świadczą liczne relacje z końca lat 30 XX w. Osoby odwiedzające amerykański interior były niekiedy zszokowane nędzą, w jakiej żyły szerokie masy ludności.

Świat stosunkowo szybko zapomniał o wielkim kryzysie i jego skutkach, ponieważ w 1939 r. wybuchła wojna, w wyniku której miliony bezrobotnych trafiły na front, a dla kolejnych milionów dotkniętych trudnościami ekonomicznymi bardziej istotnym problemem stało się po prostu przeżycie. Stanom Zjednoczonym w wyjściu na prostą wydatnie pomogło uzyskanie statusu superpotęgi, która po konferencji w Bretton Woods w 1944 r. mogła swobodnie narzucić całemu światu swój system monetarny. Jeśli się weźmie pod uwagę skalę produkcji przemysłowej, to świat powrócił do poziomu produkcji sprzed 1929 r. średnio dopiero po dwóch dekadach. W Stanach Zjednoczonych gospodarka zaczęła wyraźnie się ożywiać już w 1946 r. Jak wskazują dane z amerykańskiego rocznika statystycznego, liczba rozpoczętych budów nowych domów osiągnęła wtedy ówczesny rekord, a wartość produkcji rolniczej odbudowała się do poziomu z lat 20. XX w.

Jeżeli sprawdzi się czarny scenariusz, który zakłada, że wkraczamy obecnie w nowy wielki kryzys, lata poprzedzające jego wybuch zapamiętamy zapewne jako epokę mediów społecznościowych, Netflixa i smartfonów. Ewentualny dotkliwy kryzys nie sprawi oczywiście, że stracimy do nich dostęp, lecz zmieni się nasz stosunek do nich. W latach 30 XX w. można było wciąż kupić dobre samochody, wybrać się do kina, teatru lub restauracji, ale stać było na to zdecydowanie mniejszą liczbę osób.

Autor tekstów piosenek Edgar Harburg relacjonował po latach swoje odczucia względem wielkiego kryzysu w następujący sposób: „Wraz z krachem zdałem sobie sprawę, że największą fantazją ze wszystkich był biznes. […] Myśleliśmy, że amerykański biznes to skała Gibraltaru. Byliśmy narodem żyjącym w dobrobycie i nic nie mogło nas powstrzymać. Prawdziwy pomnik na wieki. […] Nagle ten wielki sen eksplodował. Wrażenie było niesamowite”.

Na zdjęciach z epoki wielkiego kryzysu uderza przede wszystkim to, że w centrach miast, w których jeszcze niedawno wyrastały okazałe budynki i wieżowce, pojawiły się dzielnice nędzy, przypominające południowoamerykańskie fawele. Poważne kryzysy sprawiają, że w sposób nagły i nieoczekiwany mieszają się ze sobą dwa zupełnie odmienne światy. Ukończony w 1931 r. najwyższy biurowiec świata Empire State Building przez wiele lat stał praktycznie pusty (dlatego nazywano go czasem Empty State Building). Częścią świata, który już niedługo stanie się zapewne tylko wspomnieniem, będzie też niewątpliwie tweet Donalda Trumpa z 10 stycznia br., w którym prezydent, zachwycony rekordowym wynikiem indeksu Dow Jones, pisał: „Najlepsze dopiero przed nami!”

Opracował: Jarosław Praclewski Solidarność RI, numer legitymacji 8617, działacz Antykomunistyczny