
Nr 51 -52 (960), tygodnik, 19-31 grudnia 2025 r. – gazeta warszawska
Nadchodzi czas przebudzenia. Tylko nie w lewackim rozumieniu tego słowa – „wokeistowskim”. Bo jest to przebudzenie do normalności, do patriotyzmu, do szacunku dla tych, którzy własną krwią, potem i poświęceniem uczynili Amerykę wielką. Do podążania drogą, którą szły przeszłe pokolenia.


Brytyjsko-kanadyjski dziennikarz Gwynne Dyer powiedział około 400 uczniom ostatnich klas szkoły średniej w Montcahn w prowincji Quebec, że imigracja, jaka nastąpiła po zmianie prawa imigracyjnego w 1967 r. na bardziej liberalne, „uratowała” Kanadę przed odłączeniem się Quebecu. Innymi słowy Dyer uznał, że „różnorodność” uratowała jedność narodową – pisał Joe Matyas z Free Press w maju 2003 r. Dlaczego Dyer uważał, że to uratowało Kanadę? Czy „kanadyjska mozaika”, koncepcja propagowana przez kanadyjskich multikulturalistów sprawiła, że separatystyczni mieszkańcy Quebecu stali się zadowolonymi i lojalnymi poddanymi królowej? Wcale nie. Imigranci po prostu ich przegłosowali! – wyjaśniał sprawę Matyas.
Różnorodność ratunkiem dla jedności?
Gdyby nie nowi Kanadyjczycy, którzy w referendum w Quebecu w 1995 r. w 90 proc, poparli pozostanie w Kanadzie, kraj rozpadłaby się na dwie części – powiedział Dyer. „To byłoby okropne. Nikt by dziś nie inwestował w Kanadzie, nasza gospodarka byłaby w ruinie, a spory graniczne trwałyby w najlepsze”. Dziennikarz dodał, że choć zagrożenie separatystyczne wciąż istnieje, to maleje, ponieważ imigracja osłabia dawną lojalność „plemienną” w Quebecu. „Imigranci postrzegają siebie jako francuskojęzycznych Kanadyjczyków, a nie jako spadkobierców Champlaina. Nie chcą się odłączać”. Przypomnijmy, że Samuel de Champlain to kolonizator Kanady, tworzący podstawy dominacji francuskiej na tym terenie. By też pierwszym gubernatorem tego obszaru zwanego „Nową Francją”. „W ciągu 36 lat Kanada przekształciła się z kraju, w którym 98 proc, ludności stanowili biali Europejczycy, a dwa procent rdzenni mieszkańcy, w odzwierciedlenie całego świata” – powiedział Dyer. Ankieta przeprowadzona wśród 870 uczniów szkoły w Montcahn ujawniła, że w ich domach mówi się około 60 różnymi językami. Dyer wiedział, do kogo kieruje swe politpoprawne przesłania. Zmieniające się oblicze Kanady może okazać się dla niej ratunkiem w coraz bardziej konkurencyjnej gospodarce światowej – zachwalał różnorodność dziennikarz podczas wspomnianego przemówienia w liceum. „Jesteśmy obecnie najbardziej zróżnicowaną etnicznie i kulturowo populacją, jaką kiedykolwiek widział świat, i to jest nasz as w rękawie” dodał. Dyer poinformował też, że Organizacja Narodów Zjednoczonych uznała Toronto za najbardziej zróżnicowane kulturowo miasto na świecie. Przed 1967 r. „nie byliśmy po prostu monoetniczni, mieliśmy prawa, które miały to utrzymać. To było rasistowskie prawo, mające na celu zachowanie anglofrancuskiego charakteru kraju na zawsze”. W czasie gdy dziennikarz

zachłystywał się przed młodymi, 20 proc, spośród 31 min mieszkańców Kanady nie urodziło się w tym kraju, tylko przybyła do niego z różnych kontynentów. Dyer otwarcie przyznał, że premier Pierre Elliot Trudeau „za pomocą inżynierii społecznej, zmusił nas do zmiany” czyli uczynił Kanadę multikulturową w ciągu szesnastu lat swych rządów (1968-1984): „Zaczęliśmy przyjmować ćwierć miliona osób rocznie z całego świata i to zmieniło nasz kraj” – powiedział. Dziennikarz „poważnie podejrzewa”, że Pierre Elliot Trudeau świadomie podjął taką decyzję, aby złagodzić napięcia między Anglikami i Francuzami, których porównał do „dwóch skorpionów w butelce”.
Obrazek jeden z wielu ostatnich kilku dekad
„Obrazek rodzajowy” z 1992 r., ale mógłby równie dobrze pochodzić z kolejnych lat, zwłaszcza tych, w których szalały po ulicach amerykańskim miast bandy spod znaku BLM i Antify. „The Washington Post” pisał 6 maja 1992 r.: „Dramatyczne amatorskie nagranie wideo z epicentrum zamieszek w południowo-centralnej części Los Angeles, wyemitowane dziś wieczorem w programie «World News Tonight» stacji ABC, pokazuje co najmniej 20 policjantów wycofujących się po konfrontacji z agresywną grupą reagującą na werdykt sądu, uniewinniający czterech policjantów oskarżonych o pobicie czarnoskórego Rodneya G. Kinga”. W ciągu godziny grupa rozrasta się do tłumu, który zaczął rzucać przedmiotami w samochody, wyciągać z nich białych i latynoskich kierowców brutalnie bijąc i wykrzykując rasistowskie epitety pod ich adresem. „Radiowozy przejeżdżają bez zatrzymywania się na miejscu wypadku z udziałem samochodu, który wpadł w poślizg, a którego kierowca został wyciągnięty z siedzenia i pobity. W czasie, gdy policja się wycofała, na dużym obszarze miasta doszło do podpaleń i grabieży”. Na posiedzeniu gabinetu prokurator generalny William P. Barr powiedział, że prawie jedna trzecia z pierwszych 6 tys. podejrzanych o udział w zamieszkach, aresztowanych i sądzonych, to nielegalni imigranci, jednak „Barr nie zaproponował żadnych specjalnych działań w celu ich deportacji” – poinformował rzecznik Departamentu Sprawiedliwości. W rozruchach zginęły 63 osoby, ponad 2 tys. osób zostało rannych, a straty materialne wyceniono na ok. miliard dolarów.
Kolorowa Ameryka
Czy ten sam ideał co premierowi Trudeau przyświecał Obamie i Bidenowi oraz innym radykałom lewicowym, gdy uznali że należy otworzyć szeroko granice dla ludzi innych kultur, bardzo często nierespektujących, a nawet nierozumiejących wartości, na których zbudowano Amerykę, jej wielkość, zasobność, żywotność? Aby w ten sposób „pogodzić” Północ z Południem? Zasklepić tę ranę, która od czasów wojny secesyjnej nie chce się całkowicie zagoić mimo upływu lat? Uczynić z Ameryki Nową Amerykę, zawdzięczającą swą jedność w wielości nie wartościom cywilizacji łacińskiej, które wnieśli do tego kraju przybysze z Europy, ale hasłom „przebudzonych”, czyli lewaków, głoszących jedność w chaosie, kontrolowanym przez współczesny komin- tern – zorganizowany w kilku międzynarodowych strukturach, często o niewiele mówiących nazwach dla niewtajemniczonych? Sprawić, aby mieszkańcy USA uznawali siebie za anglojęzycznych Amerykanów, a nie spadkobierców Thomasa Jeffersona, Benjamina Franklina, George’a Washingtona i innych postaci historycznych, zwanych „ojcami założycielami” Stanów Zjednoczonych, którzy podpisali Deklarację niepodległości bądź Konstytucję tego kraju? Jeszcze kilkanaście lat temu portal VDare tak opisywał konsekwencje wprowadzenia ustawy o imigracji z 1965 r., liberalizującej, podobnie jak kanadyjska, o dwa lata późniejsza, przepisy imigracyjne. Poziom imigracji gwałtownie wzrósł – obecnie sięga miliona osób rocznie. Imigranci pochodzą głównie z jednego obszaru – 85 proc, z 11,8 min legalnych imigrantów przybywających do USA w latach 1971-1990 pochodziło z Trzeciego Świata, 44 proc.’ z Ameryki Łacińskiej i Karaibów, 36 proc, z Azji – oraz z jednego kraju: 20 proc, z Meksyku. Amerykańska mieszanka etniczna uległa zaburzeniu. W 1960 r. populacja USA stanowiła 88,6 proc, ludności białej; w 1990 roku było to zaledwie 75,6 proc. – spadek o 13 punktów procentowych w ciągu 30 lat. (Rzeczywiście, odsetek „Europejczyków-Amerykanów” jest prawdopodobnie o kilka punktów procentowych niższy, ponieważ Biuro Spisowe uznaje wszystkich mieszkańców Bliskiego Wschodu za „białych”). „Biała większość amerykańska wkrótce zniknie na zawsze”, głosił „The Chicago Reporter”, w maju 2019 r. Powód jest oczywisty – demografia, czyli „narodziny, zgony i imigracja”. Podobnie pisał „Business Insider” (BI): Stany Zjednoczone są na dobrej drodze, by stać się krajem z nie białą większością do 2045 r.
„Zdaniem sogologów i demografów, którzy badali trendy, zmiany demograficzne mają już wpływ na naszą tożsamość narodową, politykę i lukę pokoleniową” – głosił BI. Michelle Goldberg z „The New York Times” napisała artykuł zatytułowany, wymownie, „Możemy ich zastąpić”, opublikowany w październiku 2018 r. Analizując kampanię kandydatki demokratów Stacey Abrams (ostatecznie nieudaną) przeciwko republikaninowi Brianowi Kempowi, Goldberg cieszyła się z powodu „rozgoryczonej białej konserwatywnej mniejszości… przerażonej tym, że jest zalewana przez nową wielokulturową większość poliglotów [czyli ludzi posługujących się, obok angielskiego, swoim narodowym językiem – RK]”. Goldberg twierdziła również, że prawica próbuje „za wszelką cenę” zapobiec wzrostowi tej wielokulturowej fali. Pascal Emmanuel Gobry w „The Week” zauważył, że USA przypomina republikę rzymską w okresie upadku. „Może nie ma zamieszek zbożowych ani wielkich posiadłości ziemskich, ale na pewno istnieje klasa patry- cjuszy i plebejuszy, a oni zdecydowanie są ze sobą skłóceni. A niezdolność systemu politycznego i gospodarczego do pogodzenia ich, pogłębia konflikt”. Czy taki los czeka Amerykę?
Amerykański tygiel trucizn i luksus tolerancji Brandon Smith opublikował na Alt-Market tekst, będący wielką jeremiadą. Mowę opisującą upadek pojęcia tygiel kulturowy. „Stany Zjednoczone były postrzegane jako «globalny tygiel kulturowym mimo że do drugiej połowy XX w. zdecydowana większość imigracji pochodziła z innych krajów zachodnich o podobnych przekonaniach i
tradycjach. Teoria tygla kulturowego była szeroko promowana i gloryfikowana przez elity socjalistyczne na początku XX w. i nie była wartością przeciętnego Amerykanina [podk. RK.]. Israel Zangwill (brytyjsko- -żydowski dramatopisarz broadwayowski i zagorzały socjalista/ zwolennik feminizmu) spopularyzował to określenie w skali kraju w 1908 r., mając na myśli różne kultury europejskie przybywające do Ameryki”. Wynika z tego, że w swym założeniu „tygiel kulturowy” nie polegał na zapraszaniu milionów ludzi z krajów trzeciego świata, wyznających skrajnie wykluczające i wrogie ideologie. Pojęcie to stało się normą dopiero niedawno. „«Tygiel kulturowyw został zatruty zjełczałą mieszanką nikczemnych planów. Wszelkie pozytywne ślady ideału zostały utracone. Wszelka wartość, jaką tygiel kulturowy mógł kiedyś posiadać, zniknęła Pozostała jedynie armia pasożytów szukających krwi; rój komarów spieszących się, by wczepić się w żyłę. Niewielu, jeśli w ogóle, z tych ludzi lub instytucji troszczy się o «amerykański sen», widzą w USA jedynie łatwy cel, gotowy do podboju. Staliśmy się łatwym celem. Nasza wiara w liberalizm zaprowadziła nas na mroczną ścieżkę samobójczej empatii. Naiwnie zakładaliśmy, że «tolerancja» jest cnotą; nie jest. Tolerancja to luksus – luksus dla ultrabogatych i wyjątkowotępych”. Brandon Smith tłumaczy swoim amerykańskim czytelnikom, że kraj, w którym żyją, jest depozytem otrzymanym od przodków. Spadkiem, którego nie mają prawa roztrwonić jak pierwsi lepsi utracjusze. Muszą z nim postąpić tak, jak ci od których otrzymali ten dar – zadbać o niego, pomnożyć bogactwo, które niesie w sobie, i przekazać kolejnym pokoleniom Amerykanów. „Nasi przodkowie zainwestowali już swoją krew, łzy i majątek w ten naród, aby uczynić go najbogatszym i najbogatszym na świecie. Żyjemy z ich pracy od pokoleń. Ich poświęcenie przyniosło nam wystarczająco dużo bogactwa, że możemy sobie pozwolić na sygnalizowanie cnoty [tolerancji], ale to już niedługo. Ludzie, którzy chcą rozdać nasze cywilizacyjne bogactwo, to ludzie, którzy nie szanują trudów i znojów niezbędnych do jego zdobycia Nie mają pojęcia, co będzie potrzebne, aby odzyskać ten sukces”.
Nie rzucać pereł pod wieprze
Tolerancja białego człowieka to rzucanie pereł pod wieprze. Nie jest ona cnotą dla żadnej innej kultury, z wyjątkiem naszej, zachodniej. „Trzeci Świat postrzega tolerancję jako słabość i szansę. Wiele zagranicznych systemów wierzeń społecznych, od judaizmu, przez hinduizm, po islam, niesie ze sobą starożytny kodeks plemienności, mentalność wyższości «swój/obcy», która jest potępiana we współczesnej myśli zachodniej, ale akceptowana wśród imigrantów”. Otwartość Zachodu nie wywołuje wdzięczności i chęci odwzajemnienia. Jest niczym niestrzeżona placówka handlowa pełna najprzeróżniejszego towaru dla złodzieja. Wabi do grabieży. Pół biedy, jeśli tylko na niej się kończy. Jednak często towarzyszą jej akty wandalizmu, bezmyślnego niszczenia urządzeń sklepowych, oraz bandytyzmu: pobić, a nawet zabójstw. „Dla mieszkańców Trzeciego Świata kultura tolerancyjna jest łatwym celem wyzysku, a może nawet inwazji. Większość nie interesuje się naszymi zasadami i dziedzictwem. Postrzegają Amerykę jako strefę ekonomiczną, globalne dobro wspólne z zasobami, które można eksploatować. Innymi słowy, cudzoziemcy postrzegają imigrację jako sposób na uzyskanie dostępu do w dużej mierze niechronionego zasobu bogactwa, stworzonego przez kulturę o większych zasługach historycznych i większych sukcesach”. Brandon Smith informuje, że w 2024 r. rząd USA pod przewodnictwem Joe Bidena wydał ponad 72 mld doi. na pomoc zagraniczną, a kolejne 26 mld doi. na pomoc uzupełniającą. Pracownicy z Indii i Meksyku co roku przesyłają z USA do swoich krajów około 100 mld doi. w formie przekazów pieniężnych. Wielu amerykańskich urzędników pochodzących z innych krajów regularnie opowiada się za utrzymaniem wiz i masowej imigracji, twierdząc jednocześnie, że dzieje się to „dla dobra Amerykanów”. Dla publicysty oczywistością jest, że masowa imigracja jest narzędziem zmiany społecznej. Multikulturalizm zaciera dumę narodową i pozbawia sensu obronę granic. „Bo jeśli zostaniemy przytłoczeni przez Trzeci Świat, kto będzie jeszcze
dbał o utrzymanie granic naszego kraju? Równie dobrze moglibyśmy pozwolić, żeby to wszystko się zawaliło, prawda?” Lewacy nie kryją, że taki jest ich cel – zalać Amerykę kolorowymi imigrantami, ludźmi, albo bez korzeni, albo poczuwającymi się do lojalności względem kraju pochodzenia
Czy Ameryka się obudzi?
Brandon Smith nie ma co do tego wątpliwości, nadchodzi czas przebudzenia Tylko nie w lewackim rozumieniu tego słowa – „wokeistowskim”. Bo jest to przebudzenie do normalności, do patriotyzmu, do szacunku dla tych, którzy własną krwią, potem i poświęceniem uczynili Amerykę wielką. Do podążania drogą, którą szły przeszłe pokolenia Niedawna deklaracja Donalda Trumpa o zakazie imigracji z krajów Trzeciego Świata przynajmniej przybliża ten temat przeciętnemu Amerykaninowi. Minęło dużo czasu, odkąd mieliśmy prawdziwą, ogólnokrajową rewizję idei „tygla kulturowego”. „Z moich obserwacji wynika, że masowe deportage zyskują ogromne poparcie wśród amerykańskiej opinii publicznej. Malkontenci po prostu nie rozumieją, jak bardzo ludzie mają dość. Enldawy Trzeciego Świata w takich miejscach jak Minne- apolis i Dearbome też tego nie rozumieją. Nasza tolerancja topnieje w zastraszającym tempie, szybciej, niż tygiel kulturowy jest w stanie się zapełnić. Era liberalizmu dobiegła końca. Era zachodniego multikulturalizmu wkrótce zostanie zmiażdżona. Zapamiętajcie moje słowa, stoimy u progu rozliczenia [podk. R.K.]”, pisze na zakończenie Brandon Smith.
publikuje: Avi Gotlieb Hajfa Izrael
