

TYGODNIK LISICKIEGO – NR 40/649 28 WRZEŚNIA-5 PAŹDZIERNIKA 2025
Społeczność międzynarodowa pozostaje bezsilnie bierna wobec ostatecznej destrukcji Gazy, która staje się faktem dokonanym.
Trudno dziś ocenić ostateczną skuteczność uznania in extremis państwa palestyńskiego przez kilka światowych potęg oraz wiele krajów pośrednich; uznania niepozbawionego zresztą kontrowersji w chwili, kiedy Hamas wciąż przetrzymuje żydowskich zakładników. W rzeczy samej, jeśli spojrzeć na ten akt z dystansu – a przy-pomnijmy, że Polska takiego uznania dokonała jeszcze w 1988 r.! – i bez emocji, to mimo pięknych deklaracji o sprawiedliwości i pokoju mamy przede wszystkim do czynienia z desperackim posunięciem kilku krajów wciąż aspirujących do wpływania na ład międzynarodowy, z Francją i Wielką Brytanią na czele, usiłujących tym ruchem zablokować nadchodzącą, zdawałoby się nieuchronnie, aneksję przez Izrael Strefy Gazy, a z nią i całej Palestyny. Co ważne, w posunięciu tym to właśnie zablokowanie ekspansji Izraela, a nie powstrzymanie bieżącej depopulacji Gazy wybrzmiewa w pierwszym rzędzie. Albowiem to właśnie ewentualna aneksja Gazy (i Zachodniego Brzegu), uznawanych przez Francję czy Wielką Brytanię już jako państwo palestyńskie, rzeczywiście zaburzyłaby ład regionalny i międzynarodowy, gdy tymczasem tzw. społeczność międzynarodowa pozostaje bezsilnie bierna wobec ostatecznej destrukcji Gazy, która staje się faktem dokonanym.
ZAMIERZONA DEPOPULACJA GAZY
Zaznaczam, że pojęcia depopulacji używam tu celowo: jest ono wprawdzie na pierwszy rzut oka mniej frapujące wyobraźnię niż używane od pewnego czasu względem sytuacji Palestyńczyków, i to coraz powszechniej, określenie „ludobójstwo”, ale najlepiej oddaje ono w sposób prosty obecny stan rzeczy. Ludobójstwo jest bowiem pojęciem technicznym, ukutym przez polskiego prawnika żydowskiego pochodzenia Rafała Lemkina w czasie drugiej wojny światowej do kwalifikacji pewnego rodzaju zbrodni na ludności cywilnej. Stąd jego stosowanie jest podatne na kazuistykę prawniczą czy nawet zależne od rozstrzygnięć kompetentnego trybunału, gdyż nie każdy mord danej grupy cywilów jest ludobójstwem. Natomiast depopulacja w pełni i kompleksowo, a zarazem w zasadzie bezkontrowersji (skoro strona ją przeprowadzająca się z tym nie kryje) oddaje empiryczny fakt dokonujący się w Gazie od czasów wojny wypowiedzianej przez armię izraelską siłom Hamasu, odpowiedzialnym za terrorystyczny zamach z 7 października 2023 r. i towarzyszące mu wzięcie do niewoli 251 zakładników.
Tak, walcząc z Hamasem, armia Izraela bez wątpienia dokonuje systematycznej destrukcji Gazy, czyniąc ją w praktyce „nie-zamieszkalną”. Z kolei cywile, podatni na likwidację przy okazji nalotów, ostrzałów lub ognia snajperskiego, borykający się z głodem, są dodatkowo poddani radykalnej i nieubłagalnej presji do opuszczenia swych ziem i emigracji – choć ta z różnych przyczyn jest dla nich w gruncie rzeczy niemożliwa. Co więcej, są to ewidentnie działania celowe, intencjonalne, a nie tylko podejmowane mimochodem przy okazji prowadzonych działań militarnych – jak wskazała niedawno w wywiadzie dla izraelskiej telewizji Gila Gamlfel, minister w rządzie Beniamina Netanjahu i członek jego partii Likud: „Uczynimy Gazę nie do życia, aż mieszkańcy ją opuszczą, i uczynimy to samo [na Zachodnim Brzegu]”. Z kolei Becalel Smotricz, minister finansów, w ostatnich dniach powiedział wprost, że „Gaza jest nieruchomościową bonanzą”, że prowadzi rozmowy z Amerykanami na temat podziału tego terytorium po wojnie, a biznesplan całego przedsięwzięcia został już złożony na biurko prezydenta Donalda Trumpa. „Dokonaliśmy etapu wyburzenia… teraz trzeba odbudować” – puentował.
Podobnie wymowne wypowiedzi nie są zresztą odizolowane, a ich autorzy wcale się z nimi nie kryją. Być może nieco bardziej dyskretne pozostają wypowiedzi żydowskich rabinów i przywódców duchowych, skierowane do izraelskich żołnierzy, celem uspokojenia ich sumień i pobudzenia gorliwości. Ci skrajni syjoniści uważają, że w obronie kraju nie należy wahać się, zabijać także palestyńskie dzieci i kobiety, bo te pierwsze – to przecież przyszli terroryści, a te drugie -ich potencjalne rodzicielki. Innymi słowy, nie budzi wątpliwości, że to, co dokonuje się w Gazie, jest zamierzonym zjawiskiem jej depopulacji, w tym wypadku: usunięcia pod przymusem tamtejszych rdzennych mieszkańców, z elementami częściowo dopuszczanej eksterminacji „prewencyjnej”. Wchodząc w szczegóły i kwalifikacje prawne, Niezależna Międzynarodowa Komisja Śledcza Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw okupowanego terytorium Palestyny stwierdziła w połowie września, że w ciągu ostatnich dwóch lat siły zbrojne Izraela dopuściły się czterech z pięciu ludobójczych zbrodni definiowanych przez Konwencję z 1948 r. w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa. Mianowicie: zabijania, powodowania poważnych obrażeń fizycznych lub psychicznych, celowego stwarzania warunków życia mających na celu spowodowanie całkowitego lub częściowego zniszczenia Palestyńczyków oraz stosowania środków mających na celu uniemożliwienie narodzin.
Ma się rozumieć, podobne oskarżenia nie pozostają bez odpowiedzi ze strony Izraela. Po pierwsze, gdy dochodzi do jakiegoś zajścia poruszającego światowe media, jak w przypadku zabicia działaczy humanitarnych czy ostrzelania szczególnych miejsc schronienia (np. parafii św. Rodziny w Gazie), izraelskie władze zapowiadają zbadanie „incydentu”, wewnętrzny audyt w wojsku itp., ucinając tym samym temat. Jeśli kwestia zbrodni wojennych lub ludobójstwa jest dalej podnoszona przez znaczących polityków czy wpływowe instytucje, to odpowiedź uwzględnia oskarżenia o antysemityzm i podkreślanie w koło prawa Izraela do samoobrony przed Hamasem, odpowiedzialnym za wszelkie nieszczęścia tej wojny. W podobnym duchu, choć pozbawionym inwektyw, odpowiadają Stany Zjednoczone, główny sojusznik Izraela w tej wojnie, bez którego wsparcia nie byłaby ona zresztą możliwa. Dla USA głównym warunkiem zakończenia wojny, o czym wspomniał prezydent Donald Trump na Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych, jest uwolnienie przez Harnaś wszystkich wciąż żywych zakładników i zwrócenie ciał tych zmarłych w niewoli, a wówczas nastanie pokój. Wtóruje mu sekretarz stanu Marco Rubio – jakiekolwiek uznanie Palestyny może mieć miejsce dopiero po zakończeniu wojny, w innym razie byłaby to nagroda dla Hamasu, którego jedynym celem jest zresztą zniszczenie Izraela.
Ten jednolity zewnętrznie głos Waszyngtonu i Tel Awiwu (a w sumie: Jerozolimy, odkąd USA uznały ją za stolicę Izraela) nie jest jednak wolny od I wewnętrznych podziałów, rozgrywek i stawiania Amerykanów przed faktami dokonanymi przez ich partnerów, co tych pierwszych doprowadza do szewskiej,pasji. Wspomniał o tym niedawno w popularnym programie „The Young Turks” Matthew Miller, rzecznik Departamentu Stanu w administracji Joe Bidena, mówiąc, że w rzeczywistości rząd Izraela sabotował starania Amerykanów na rzecz zawieszenia broni oraz systematycznie podważał post factum opracowane wspólnie stanowiska, jeśli nie były one w pełni po jego myśli. Widać to było szczególnie wyraźnie za następnej administracji w przypadku osiągniętego przez Stany Zjednoczone zawieszenia broni między Izraelem a Iranem, które to Izrael postanowił złamać już na samym początku, wysyłając swe samoloty do kolejnego ataku na Iran, prowokując tym samym publiczny gniew Donalda Trumpa i jego stanowczą reakcję.
Zasadniczo jednak Amerykanie -zarówno republikanie, jak i demokraci – mimo różnic umożliwiają finansowa i logistycznie politykę zbrojną Izraela ostatnich lat, a także ubezpieczają ją, wspomagając i chroniąc na gruncie polityki międzynarodowej. Z przykładów, które warto przytoczyć, należałoby wymienić sankcje wymierzone w Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. USA rozważają obecnie wariant „atomowy” odcięcia tej instytucji od amerykańskich technologii informatycznych, a także w ogóle od systemu bankowego, co w praktyce paraliżowałoby jego prace. Trybunał przezornie wypłacił już pracownikom pensje za resztę roku do przodu.
WALKA 0 NARRACJĘ
Ta zadziwiająca 700 tys.,obywateli USA, co tworzy swego rodzaju symboliczny okręg wyborczy i obowiązek moralny jego reprezentacji.
Idea ta przyświecała zresztą jako hasło nadrzędne, „50 Stanów – jeden Izrael”, podczas wizyty amerykańskich legislatorów, głównie stanowych, w Izraelu we wrześniu. W rzeczy samej, wzięli w niej udział reprezentanci wszystkich stanów, w rekordowej liczbie 250 osób!

Mniej więcej w tym samym czasie spiker Izby Reprezentantów Mikę Johnson podejmował na Kapitolu reprezentację AIPAC, zapewniając, że partia republikańska uniemożliwi powiększenie się w Kongresie frakcji twardogłowych polityków traktujących dosłownie politykę „America First”, gdy idzie o Izrael – pokroju Marjorie Taylor Greene, której przyszła do głowy próba zablokowania pomocy militarnej dla Izraela o wartości 500 min doi. w budżecie obrony USA na rok 2026.
Co istotne, również we wrześniu, bezpośrednio po amerykańskim wecie rezolucji ONZ na rzecz uznania państwa palestyńskiego i zawieszenia broni w Gazie, Marco Rubio udał się do Izraela celem potwierdzenia sojuszu amerykań-sko-izraelski’ego, a swoją obecnością, niezależnie od intencji, firmował dokonującą się w tym samym czasie systematyczną depopulację miasta Gazy.
Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że mimo tego niegasnącego poparcia amerykańskich polityków dla działań i polityki Izraela wyraźnie słabnie poparcie dla tejże w amerykańskim społeczeństwie. Jeśli Amerykanie w większości mają pozytywny stosunek do Izraela (59 proc.), to jedynie 32 proc, aprobuje izraelskie działania w Gazie,, a tylko 28 proc, uważa, że USA właściwie wspierają Izrael, podczas gdy 41 proc, twierdzi, że amerykańska pomoc jest za daleko idąca (dychotomia ta jest skądinąd widzialna też u części Żydów, w Izraelu i na świe-cie], Znaczące jest to, że wśród młodych Amerykanów wskaźniki te są jeszcze ostrzejsze: jedynie 18 proc, wyborców poniżej 30. roku życia aprobuje działania w Gazie, a 62 proc, uważa, że Izrael dokonuje ludobójstwa Palestyńczyków.
Dla żydowskiego lobby zjawisko to musi być niezwykle alarmujące i być może nie bez znaczenia jest to, że po planowanym przejęciu w USA przez Amerykanów TikToka – chińskiej aplikacji rozrywkowej dla młodzieży – jej algorytmy, mające bez wątpienia wpływ na kształtowanie światopoglądu użytkowników, trafią pod nadzór firmy Oracle, na której czele stoi przyjaciel Donalda Trumpa, żydowski miliarder Larry Ellison.
Tę walkę o narrację widać też było przy okazji morderstwa 31-letniego Charliego Kirka, niezwykle skutecznego działacza na rzecz odnowy USA w duchu konserwatyzmu, powrotu do chrześcijaństwa i tradycyjnych wartości. Otóż obok mętnych teorii spiskowych o jego ewentualnym zabójstwie przez Mosad przypominano jego rzeczywiste wypowiedzi świadczące o rozczarowaniu polityką Izraela i zaangażowaniem w nią Ameryki. A zważywszy na poruszenie wywołane jego śmiercią i pośmiertne zwielokrotnione odziaływania jego idei, Izrael i jego forpoczty w USA naprawdę dwoiły się i troiły, aby zminimalizować te doniesienia; sam zresztą premier Beniamin Netanjahu zabierał w tej sprawie kilkakrotnie (!] głos, co świadczy o rzeczywistej stawce dla Izraela w walce o właściwą narrację wśród amerykańskich wyborców. Dodajmy przy tym, że administracja Donalda Trumpa od miesięcy bez skrupułów deportuje zagranicznych studentów uznanych za siewców antysemityzmu, a w sierpniu próbowała przeforsować pozbawienie instytucji i stanów bojkotujących Izrael bądź izraelskie firmy dostępu do grantów i środków podlegających Federalnej Agencji Zarządzania Kiyzysowego (FEMA), z czego jednak pod wpływem presji medialnej się szybko wycofano.
POKÓJ CZY REGIONALNA ESKALACJA?
Wracając do tragedii Gazy, trudno obecnie jednoznacznie wskazać, jaki czeka ją ostateczny los, choć rozważane są różne warianty. Największym problemem zdają się tu ludzkie uwarunkowania i wyznawane ideologie. Jak słusznie wskazał kard. Pierbattista Pizzaballa, łaciński patriarcha Jerozolimy, pozwolono na to, aby Gazę z jednej i z drugiej strony opanowali ekstremiści. Nie miejsce tu, by przedstawiać w całości zawiłe i burzliwe relacje izraelsko-palestyńskie od 1948 r., ale warto przypomnieć, że pokolenie ludzi umiarkowania i kompromisu zostało, po obu stronach, na dobre odsunięte od decyzyjności. Premier Icchak Rabin, sygnatariusz porozumienia z Oslo z 1993 r. z Jasirem Arafatem, został zabity w 1995 r. przez izraelskiego nacjonalistę, dostrzegającego w jego działaniach egzystencjalne zagrożenie dla Izraela. Z kolei Fatah Arafata, Palestyński Ruch Wyzwolenia Narodowego, który pod koniec lat 80. wyrzekł się metod terrorystycznych i brał udział w procesie normalizacji stosunków z Izraelem w latach 90., utracił w 2007 r. władzę w Gazie na rzecz Hamasu, który rok wcześniej wygrał tam demokratyczne wybory. Co więcej, Mahmud Abbas, spadkobierca spuścizny politycznej Arafata, został prezydentem Autonomii Palestyńskiej już w 2005 r., jego kadencja wygasła w 2013 r., ale z błogosławieństwem ONZ nadal piastuje on [uzurpuje?] ten urząd i nie przeprowadził nigdy nowych wyborów. Powód? Utrzymać władzę na Zachodnim Brzegu i nie przegrać w wyborach z Hamasem.
W tej układance, niestety, radykałowie po obu stronach są dla siebie nawzajem paliwem. Hamas – niezależnie od prawdziwości teorii, że został w rzeczywistości wykreowany przez Izrael dla osłabienia Fatahu, który przestał być postrzegany jako zagrożenie – cieszy się wręcz fanatycznym poparciem części Palestyńczyków wobec naporu koloniza-cyjnego Izraela na ich ziemie. Z kolei dla wyznawców projektu Wielkiego Izraela, pokroju Benjamina Netanjahu i jego sojuszników, wyznawców ideologicznych lub czysto oportunistycznych, terrorystyczny Hamas jest doskonałym pretekstem uzasadniającym wszelkie ofensywy i działania w imię bezpieczeństwa narodowego. Dodajmy, że nie zostało wyjaśnione, w jaki sposób tak wielka inkursja Hamasu była możliwa 7 października 2023 r., a istniejące poszlaki wskazują na to, że została ona wręcz umożliwiona poprzez celowe zaniechania.
CZERWONE LINIE
Jakkolwiek było, Beniamin Netanjahu okazał się mistrzem w wykorzystywaniu walki z terroryzmem zarówno do realizacji własnych celów politycznych, jak i do paraliżowania toczących się wokół niego dochodzeń na tle korupcyjnym. Między innymi dlatego dopóki pozostanie on u władzy i będzie cieszył się niewzruszonym poparciem amerykańskich elit, dopóty tak trudno przewidzieć dalszy rozwój sytuacji. Może należy przede wszystkim przewidywać, że kontynuowanie działań wojennych natury wszelakiej (potencjalnych celów na Bliskim Wschodzie w końcu nie brakuje) będzie dla niego swoistą ucieczką do przodu.
Na horyzoncie pokazały się jednak pewne czerwone linie ze strony państw arabskich i islamu w ogóle. Jeśli dotychczas ich sprzeciw miał przede wszystkim wyraz solennych słów bez konsekwencji i nie chciały one w ogóle słyszeć o przyjęciu do siebie palestyńskich uchodźców–przesiedleńców, to ewentualna aneksja Gazy przez Izrael doprowadziłaby do zaburzenia relacji w regionie, o których normalizację usilnie zabiegał Donald Trump ze swym projektem Porozumień Abrahamowych. Izraelski atak na Katar, sojusznika USA, celem eliminacji przywództwa Hamasu, chybiony zresztą, przyśpieszył zwarcie szyków wśród krajów muzułmańskich, tak łatwo skłócanych między sobą. Arabia Saudyjska zawarła właśnie sojusz obronny z Pakistanem, który, choć niejawny, wedle doniesień przewiduje objęcie jej parasolem nuklearnym Pakistanu (nadmienimy, że projekt Wielkiego Izraela zakłada przejęcie znacznej części Półwyspu Arabskiego). Egipt z kolei utrzymuje w gotowości wojska pancerne na półwyspie Synaj, nie zamierzając pozostawić ewentualnej likwidacji Palestyny bez odpowiedzi zbrojnej. Indonezja, największy pod względem liczebności kraj muzułmański na świecie, właśnie oświadczyła ustami swego prezydenta w Nowym Jorku gotowość wysłania 20 tys. żołnierzy rozjemczych do Gazy.
Otóż zaangażowanie państw muzułmańskich w stabilizację i odbudowę Gazy to rzeczywiście jedna z wymienianych opcji planu pokojowego Trumpa, który w Nowym Jorku miał nawet obiecać im, że nie dopuści do aneksji… ale Zachodniego Brzegu – pozostawiając tym samym otwartą kwestię aneksji Gazy lub nawet dając do zrozumienia, że Gaza jest stracona, przynajmniej z punktu widzenia państwa palestyńskiego, co długofalowo oznacza jej wywłaszczenie, jakkolwiek atrakcyjnie by przedstawiać rozwiązania jej odbudowy i przyszłej administracji. I choć państwa te już deklarowały pewne kwoty, jednak niewystarczające. Niespodziewanie przed szereg podczas Zgromadzenia Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku wystąpiła Ursula von der Leyen, wprawdzie niereprezentująca żadnego narodu, jednak ochocza zaciągająca zobowiązania w imię państw europejskich. Otóż przewodnicząca Komisji Europejskiej

zapowiedziała utworzenie instrumentu finansowania odbudowy Gazy, co, przekładając na język polski, oznacza załatwienie kilku potentatom z Europy parę kontraktów na wspomnianą „bonanzę” w Gazie, miejsce przy korycie dla graczy z Izraela i zza oceanu, dziurę bez dna, którą ochoczo sfinansuje z naszych pieniędzy.
Polityka międzynarodowa bywa bardzo zawiła, ale w tym wypadku sprowadza się do rzeczy niezwykle prostych: nie nasz terroryzm, nie nasze zbrodnie wojenne, nie nasza wina i odpowiedzialność – ale będziemy mieli zaszczyt zapłacić za odbudowę tego wszystkiego, choćby kolejne pokolenie ekstremistów miałoby za kilka dekad puścić ponownie Gazę Z dymem.
publikuje: Aton Kohn Hajfa Izrael
