
Nr 38 (947), tygodnik, 19-25 września 2025 r. – gazeta warszawska
Na pierwszy rzut oka życie może wydawać się niczym niezakłócone – całe regiony pozostają nietknięte. Jednak pod fasadą toczy się podziemna walka: manipuluje się milicjami, morduje przeciwników, bierze zakładników, tajnie aresztuje. Pojawia się zjawisko „tajnych zaginięć”. Niemal nieuchronnie towarzyszą temu represje wobec wolności słowa i swobód obywatelskich – są to nieodzowne filary brudnej wojny.


„Za 10 lat w Wielkiej Brytanii będzie pełno ludzi noszących burki. Islam przejmie władzę” powiedziała Chloe Dobbs w reality show kanału Channel 4, pod tytułem: „Wróć tam, skąd przyszedłeś”. 24-letnia youtuberka jest komentatorką polityczną z Kornwalii. Mainstream, taki jak BBC, który w lutym nagłośnił wypowiedź pani Dobbs, nazywa takie poglądy „kontrowersyjnymi”. Rzecz w tym, że na Wyspach bardzo dynamicznie rozwija się grono komentatorów politycznych, których poglądy są „kontrowersyjne”. Najbardziej niepokojące dla elit, które chcą nam urządzić świat według swojego gustu, jest to, że i w Wielkiej Brytanii, i na Kontynencie, dynamicznie wzrasta poparcie dla partii, które na swych sztandarach mają wypisane „kontrowersyjne” hasła.

Coraz cięższe brzemię białego Zachodu
Brytyjczyków coraz bardziej irytują. wszelkie ślady wielokulturowości. Czasami wystarczy drobiazg, aby wywołać burzliwą dyskusję na temat multikulti. Tak jak to miało miejsce na początku września na kanale GB News, gdzie doszło do ostrej wymiany zdań po tym, jak rada miejska północnego Londynu opublikowała w ośmiu językach ostrzeżenie przed nielegalnym wyrzucaniem śmieci. Na tablicy informacyjnej oprócz języka angielskiego znajdowały się tłumaczenia na język turecki, albański, bengalski, bułgarski, grecki, polski, rumuński i somalijski. To, co zaczęło się jako debata nad znakiem ostrzegającym przed nielegalnym składowaniem odpadów, wywołało kontrowersję na temat wielokulturowości. Dyskusja szybko zeszła na kwestię języka, integracji i tego, co oznacza życie we współczesnej Wielkiej Brytanii. Cytowana już Dobbs powiedziała: „jeśli się tu przyjechało, to nie ma innego wyboru, jak tylko zintegrować się i nauczyć angielskiego”.
Jeden z członków panelu dodał: „abyśmy mogli prosperować i odnosić sukcesy, musimy pielęgnować naszą kulturę”, i dorzucił: „to bardzo proste: nasza kultura opiera się na języku angielskim”. Później padały takie zdania jak: „niewątpliwie istnieje kultura brytyjska, a jej fundamentem jest język angielski”; „być może szkoda, że nie mówimy większą liczbą języków, ale tacy właśnie jesteśmy”; „jeśli chcemy, aby nasza lokalna społeczność i społeczeństwo jako całość przetrwały i rozwijały się w ramach panującej kultury, potrzebujemy podstawowych zasad, a jedną z nich powinno być to, że każdy powinien umieć mówić w języku kraju w którym przebywa. To bardzo proste”.
Wydarzenie anegdotyczne, może mało istotne w szerszym horyzoncie zjawisk mających miejsce tak na Wyspach, jak i w całej Europie, ale znamienne. Zachód ugina się pod ciężarem, jakim są napływający w coraz większej liczbie migranci, z definicji odrzucający wartości kulturalne i cywilizacyjne krajów docelowych. Nic też dziwnego, że mieszkańcy „ubogacanych” państw coraz częściej zastanawiają się, czy mają do czynienia z będącymi w ekstremalnej sytuacji uchodźcami, czy z nieprzyjaznymi nachodźcami.
Projekt odgórnej wielokulturowości do kosza
Propagandyści i indoktrynatorzy, rzuceni na odcinek prasowy, starają się robić wrażenie, że nic złego się nie dzieje, a jeśli się dzieje, to są to pojedyncze przypadki, generalizowane przez osobników posługujących się „mową nienawiści”. Poza tym ksenofobów, islamofo-bów, homofobów, rasistów, antysemitów, pedofilii, faszystów, nazistów itp., itd. Lewica, jak przekupka na targu wie, jakich inwektyw użyć, żeby było tak, jak według niej być powinno. Normalny człowiek odejdzie jak zmyty, a chamów nie musi się obawiać, bo wszystkie chamy są po jej stronie („Piekło jest puste, a wszystkie diabły są tutaj”).
Chlebodawcy propagandystów wiedzą, że ludzie mówią prawdę – eksperyment społeczny na skalę kontynentu, a nazwie „mul-tikulti” się nie udał. Wiedzą to od dawna. Może wiedzieli o tym od samego początku, ale w końcu co im szkodziło spróbować? Już prawie 15 lat temu, jesie-nią 2010 r. Frau Angela Merkel powiedziała wprost: Niemiecki multikulturalizm „całkowicie zawiódł”. „The Guardian” pisał wówczas, że kanclerz Niemiec Angela Merkel, zabiegając o poparcie rosnącej w Niemczech opinii antyimigracyjnej, stwierdziła, że próby stworzenia przez kraj społeczeństwa wielokulturowego „całkowicie się nie powiodły”. Sondaże z 2010 r. wskazywały, że jedna trzecia Niemców uważała, że kraj jest „zalewany przez obcokrajowców”. Wyniki mówiły też, że 55 proc. Niemców uważa Arabów za „nieprzyjemnych ludzi”, w porównaniu z 44 proc., które podzielały ten pogląd w 2003 r. Przypomnijmy, było to piętnaście lat temu. Czy sytuacja w Niemczech się pod tym względem poprawiła? Pytanie retoryczne.
Podobną opinię wobec eksperymentu z zakresu inżynierii społecznej o nazwie multikulturalizm wyraził pół roku później (zima 2011) David Cameron, premier Wielkiej Brytanii. „The Guardian” donosił: „Geneza przemówienia Davida Camerona atakującego multikulturalizm sięga czasów sprzed objęcia przez niego urzędu premiera”. W istocie, w swoim tonie i treści ma wiele podobieństw do kluczowego przemówienia To-ny’ego Blaira z 2005 r., krótko po zamachach bombowych w Londynie, podczas których zginęły 52 osoby. Blair argumentował, że korzenie brutalnego islamizmu nie są „powierzchowne, lecz głębokie” i można je znaleźć „w ekstremistycznej mniejszości, która obecnie w każdym europejskim mieście głosi nienawiść do Zachodu i naszego stylu życia”. W samej rzeczy, wypowiedź Camerona mocno „trąci” opinią, było nie było, przeciwnika politycznego (Blair to Partia Pracy, Cameron to konserwatysta): „Oceńmy sprawę rzetelnie. Czy [islamiści] wierzą w uniwersalne prawa człowieka – w tym prawa kobiet i osób innych wyznań? Czy wierzą w równość wszystkich wobec prawa?”.
Podobnie tu możemy postawić retoryczne pytanie, czy od tego czasu sytuacja w Wielkiej Brytanii się poprawiła?
(Nie)pierwsze ostrzeżenia
Były doradca Trumpa i jeden z jego kluczowych sojuszników Steve Bannon wygłosił w Waszyngtonie, na spotkaniu zwolenników ruchu America First na początku września opinię, że niedawne protesty w połączeniu z pojawieniem się flag narodowych oznaczają iż: „Anglia zmierza właśnie ku wojnie domowej. Dlaczego? (…) Mają problem z radykalnym islamem, z którym nie potrafią sobie poradzić, a który rozprzestrzenia się i pogarsza sytuację w kraju”. „Co się działo w Londynie przez ostatnie 10 lat? Czy ludzie śpią?” – zapytał pan Bannon. „Co się działo w Paryżu? Co się działo w Brukseli?” Problem nieasymilujących się przybyszów ogarnął całą Europę Zachodnią.
Dziennik „Daily Mail” przypomniał, że w całym kraju wybuchła fala „demonstracji flag”, po ogłoszeniu przez Radę Miasta Birmingham, że flagi wywieszone na obiektach infrastruktury publicznej bez pozwolenia zostaną usunięte „ze względu na obawy dotyczące zdrowia i bezpieczeństwa”. Od tego czasu niektórzy Brytyjczycy wywieszali flagi narodowe i niszczyli oznakowanie dróg, malując czerwony krzyż na białym tle. W innych miejscach wciąż trwają spory o wykorzystanie hoteli do zakwaterowania osób ubiegających się o azyl. Ich przyczyną była napaść seksualna na 14-letnią dziewczynkę, dokonana przez migranta mieszkającego w Bell Hotel w Epping.
O tym, że w Wielkiej Brytanii może dojść do niekontrolowanego wybuchu społecznego na olbrzymią skalę, mówi niedawno dr David Betz, profesor w Katedrze Studiów Wojennych w Kin-g’s College London, zajmujący się problemami wojny w świecie współczesnym. W najnowszym numerze „Military Strategy Ma-gazine”profesor Betz argumentował, że rządy na Zachodzie „tracą zdolność do pokojowego zarządzania społeczeństwami wielokulturowymi”, co naraża je na masowe niepokoje i potencjalną wojnę domową. W innej części eseju profesor Betz przewidywał, że „kraje, które są najbardziej narażone na wybuch gwałtownego konfliktu wewnętrznego, to Wielka Brytania i Francja” – stwierdzając jednocześnie, że zagrożone mogą być również inne części Europy i Stany Zjednoczone. „Należy założyć, że jeśli wojna domowa wybuchnie w jednym miejscu, najprawdopodobniej rozprzestrzeni się także gdzie indziej” – dodał.
Nie są to pierwsze ostrzeżenia. Latem 2024 r. Brad Evans, profesor na Uniwersytecie w Bath w Anglii, pisał po wydarzeniu w Southport, gdzie „uchodźca” z Somalii zabił trzy białe dziewczynki: „Chociaż niektórzy mogą to zbagatelizować, sugerując, że wojna domowa nie jest czymś, co Brytyjczycy dziś potrafiliby wywołać, nie powinniśmy być tak pewni siebie”.
Podmiata elit wynikiem „marszu przez instytuge”
Michael Rainsborough, pisarz i naukowiec mieszkający w Australii, wyraził swój pogląd na temat nas interesujący na stronie Daily Sceptic, w szerszej perspektywie. Autor zwraca uwagę na rzecz nienową – my obywatela zachodniego świata znaleźliśmy się pod okupacją sił, które on nazwał „nowymi imperialistami”. Ludzie ci ukrywają się pod coraz to nowszymi maskami – „koordynatorzy różnorodności”, aktywiści antyrasistowscy, dekolonizato-rzy programów nauczania, działacze na rzecz klimatu – „ale ich misja pozostaje niezmienna: zarządzanie społeczeństwem poprzez podziały. Ich światopogląd jest nieubłaganie kategoryczny: rasa, religia, tożsamość. Uprzywilejowane mniejszości i grupy imigrantów, często nieuciskane w żadnym znaczącym sensie, awansują do chronionych kast, podczas gdy większość zostaje zdegradowana do statusu drugiej kategorii. To nie postęp; to imperialne zarządzanie w nowoczesnym wydaniu. Podobnie jak ich poprzednicy czerpią oni siłę z poczucia moralnej wyższości i przekonania o swoim prawie do rządzenia”. Według Rainsborougha społeczeństwa zachodnie – dziś tak mocno podzielone, nie spolaryzowały się przez przypadek.
„Ten ruch – najbardziej widoczny na postępowej lewicy – przyjmuje radykalny perspektywizm, który dąży do tworzenia konfliktów i destabilizacji niegdyś stabilnych społeczeństw. Radykalni studenci lat 60. dążyli do rewolucji, a nie reform. Domagali się praw konstytucyjnych, jednocześnie potępiając porządek konstytucyjny, wykorzystywali demokrację, aby podważyć system demokratyczny”. Rewoltę stłumiono, ale rewolucjoniści pozostali i rozpoczęli „marsz przez instytucje” i opanowali je: uniwersytety, media, struktury administracyjne. Dziś, wraz z dojrzewaniem pokolenia wyżu demograficznego, ci sami radykałowie – lub ich intelektualni spadkobiercy – zajmują stanowiska decyzyjne, rządowe. Są „imperialnymi zarządcami na szych czasów”. To była strategia, a nie przypadek, podkreślił Michael Rainsborough i dodał: „Wyobrażają sobie, że są wystarczająco sprytni – a społeczeństwo wystarczająco łatwowierne – by taką politykę można realizować bez prowokowania oporu. Ale arogancja nie zastąpi dalekowzrocz-ności. Gdy sprawy przeradzają się w otwarty konflikt, eskalacja nabiera własnego tempa. Gniew już się wznieca – a gniew, raz wzbudzony, jest zapalnikiem historii”.
Brytania na progu „brudnej wojny”?
Rainsborough stwierdza też, że świat Zachodu ogarnia „brudna wojna”. Termin odnosi się do wzorca represji wewnętrznych, najbardziej znanego w Ameryce Łacińskiej w latach 70. XX w.: lat brutalnych, ale mało intensywnych konfliktów, w których reżimy i rebelianci kierowali broń przeciwko określonym grupom własnego narodu. Takie walki rzadko są deklarowane otwarcie i nie są ograniczone konwencjami. Toczą się w ukryciu. Granica między walczącymi a cywilami zaciera się; przemoc staje się selektywna, ukierunkowana i ukryta, wyjaśnia autor artykułu zamieszczonego w Daily Sceptic. Na pierwszy rzut oka życie może wydawać się niczym niezakłócone – całe regiony pozostają nietknięte. Jednak pod fasadą toczy się podziemna walka: manipuluje się milicjami, morduje przeciwników, bierze zakładników, tajnie aresztuje. Pojawia się zjawisko „tajnych zaginięć”. Niemal nieuchronnie towarzyszą temu represje wobec wolności słowa i swobód obywatelskich – są to nieodzowne filary brudnej wojny. „Zaprzeczanie temu, że architektura takich działań już kształtuje się w zachodnich demokracjach, w tym w Wielkiej Brytanii, jest świadomym zamykaniem oczu na fakty”. To, czy Wielka Brytania wkroczy na tę ścieżkę, pozostaje spekulacją, przyznaje Michael Rainsborough, powołując się jednocześnie na prof. Betza, który nakreślił już scenariusze: od starcia miast z wsiami po ukierunkowane ataki na krytyczną infrastrukturę. To oczywiście tylko hipotezy, ale mające obecnie miejsce wydarzenia na Wyspach dają do myślenia.
Jeśli nie „brudna wojna” to „ulsteryzacja”
„Jeśli Wielka Brytania nie pogrąży się w brudnej wojnie, bardziej prawdopodobną perspektywą jest bałkanizacja – lub, jak to się mówi, ulsteryzacja. Nie musimy spekulować: w ciągu ostatnich lat Wielka Brytania doświadczyła już swojej wersji w Irlandii Północnej”. Znaki pęknięć w systemie politycznym i w społeczeństwie są już widoczne. „Niedawne protesty przeciwko decyzjom władz dotyczących wywieszania flag narodowych w Anglii odzwierciedlają głębszą wrogość wobec klasy politycznej, która systematycznie neguje angielską autoekspresję i oddaje się rytuałowi narodowego samozaparcia, co ostro kontrastuje z celebracją każdej innej tożsamości. Przestrzenie publiczne są ozdobione flagami równości, palestyńskimi, ukraińskimi – wszystkim, byle nie Krzyżem Świętego Jerzego”.
Przesłanie jest jednoznaczne. Większość społeczeństwa, pomijana w kwestiach takich jak imigracja, słyszy, że jej własne symbole przynależności muszą pozostać ukryte, a symbole innych mają być uprzywilejowane i wychwalane. Protesty nie są jedynie reakcją na hipokryzję, ale wybuchem urazy, od dawna zrodzonej z zaniedbania, wykluczenia i stopniowego zanikania prawa ludzi do rozpoznawania siebie, to znów słowa publicysty Daily Sceptic. „Załóżmy na razie, że Wielka Brytania jest wciąż daleka od nakreślonej wyżej sytuacji i że układ rządzący zachowuje wystarczającą witalność, by dostosować się, choćby kapryśnie i z oporami, do woli społeczeństwa. Mimo to wiara w stabilność systemu – przekonanie, że tradycje pokojowych, konstytucyjnych zmian mogą łagodzić głębokie podziały – została poważnie nadszarpnięta. Proces ten został przyspieszony, celowo, przez outsourcing suwerenności do instytucji ponadnarodowych: trybunałów praw człowieka, międzynarodowych biurokracji, instytugi, których orzeczenia osłabiają, a często ignorują, porządek krajowy”.
Przewidywania polityczne pełne są nietrafnych prognoz. Jasnowidztwo rzadko sprawdza się w warunkach dynamicznych, niesterowalnych zmian, a z takimi mamy obecnie do czynienie. „Wydarzenia rzadko biegną prostolinijnie; rządzi przypadek. Podobnie jak w podczas trzęsień ziemi, nie możemy przewidzieć dokładnego momentu pęknięcia. Możemy jednak – co próbują zrobić Betz i inni – sporządzić mapę tektoniki. A brytyjski grunt polityczny nie jest solidną skałą. Jest pełen uskoków”.
publikuje: cwi Mikulicki Hajfa Izrael
